Moje ciekawe sny

Pierwszy sen
Śniłam, że jako dusza zbliżałam się do ludzi i szeptałam im, że w życiu liczy się tylko miłość. Taka bezwarunkowa, która daje w sercu poczucie czystej, niczym nie zmąconej radości. Tak bardzo chciałam, żeby ludzie zrozumieli, że te wszystkie „problemy” związane z bytem, tym ciągłym gonieniem za „lepszym” życiem, są tak nieważne. Czułam, że posiadam niezwykłą tajemnicę, daną mi z zaświatów. Byłam bardzo przekonywująca, ale oni mnie nie chcieli słuchać, gonili dalej za swoimi sprawami….

Drugi sen
Siedzieliśmy ja, mój mąż i nasi wakacyjni przyjaciele w pięknej altance, w niezwykle pięknym miejscu. Było radośnie, mąż grał nam na gitarze, a my śpiewaliśmy. Nagle spojrzałam w niebo i zobaczyłam przecudne złote słońce. Miało niezwykły kolor, nie mogłam oderwać od niego oczu. Po chwili słońce zaczęło się zmieniać i kolor złoty zamienił się w niebieski z granatem w środku. Pozostała tylko cienka złota obwódka, a całe wyglądało jak przepiękna mandala. Wiedziałam, że dzieje się coś pozaziemskiego. Krzyknęłam do wszystkich: „medytujcie!” i poczułam jak wir wychodzący z tego dziwnego słońca zaczyna mnie wkręcać. Obejrzałam się za mężem, czy on zostanie na ziemi, czy dołączy do mnie, ale już nic nie widziałam. Czułam tylko niezwykłą lekkość, błogość i poczucie spokoju o siebie, męża, syna, rodzinę i przyjaciół. Wiedziałam, że wcześniej czy później do mnie dotrą.

Trzeci sen
Byli ze mną wszyscy wspaniali ludzie, których na swojej drodze życia spotkałam. Siedzieliśmy w kręgu Moja bardzo przyjazna mi dusza  trzymała na rękach wielką księgę życia. Przewracała z niezwykłą uwagą każdą kartkę i pokazywała nam. Siedziałam blisko niej i z wielkim zdziwieniem odkrywałam, że każda kartka jest jakąś ważną chwilą życia, jest ruchoma i prawdziwa, jak w życiu. Kolory  tylko były zbyt jaskrawe.

Czwarty sen
Przeczuwałam koniec świata. Staliśmy wszyscy w dużej grupie ludzi świadomych. Niebo wyglądało przedziwnie, jak gęsto spleciona spirala w kolorach pomarańczy, brązu, czerwieni. Całe niebo pokryte było tą spiralą. Byłam trochę przerażona, bo wiedziałam, że to zjawisko jest nie z tego świata. Nagle zauważyłam, że jest  jeszcze malutki przesmyk niebieskiego, naszego zwykłego nieba. Odczułam ulgę. Po chwili kolorowa spirala zaczęła się zwijać i niebo zaczęło powracać do normalnego wyglądu. Czułam, że dzieje się coś wyjątkowego. Rozglądając się, spostrzegłam, że wśród moich bliskich brakuje mojej przyjaciółki z dzieciństwa. Pobiegłam po nią i po chwili zobaczyłam, że mnie słyszy i szybko zrywa się w moim kierunku. Zdążamy obie, bo właśnie nastąpiła najważniejsza chwila. Zaczęliśmy wszyscy podnosić się do góry i skakać radośnie w chmurkach i po chmurkach ciesząc się jak dzieci. Było fantastycznie! Po chwili uświadomiliśmy sobie, że chcemy wrócić jeszcze na ziemię i stopniowo, delikatnie wylądowaliśmy. Byliśmy szczęśliwi, bo wiedzieliśmy, że to była tylko pierwsza ważna próba przejścia w inny wymiar rzeczywistości.

Piąty sen

Śniłam, że dostałam niezwykły prezent. Była to jakaś zielona konstrukcja owinięta kolorową wstążką. Uczestniczyłam właśnie w  jakimś ciekawym spotkaniu i wszyscy ludzie byli mi  bardzo bliscy. Ktoś podszedł do mnie i stwierdził, że wie jak rozłożyć ten mój prezent. Po chwili cała konstrukcja stała już gotowa. Dosłownie wszyscy schowaliśmy się pod nią i nagle zaczął padać deszcz ( i nikt się nie przejmował, że moknie), potem pojawiło się słońce i już wszyscy podziwialiśmy przecudną tęczę. Dosłownie za moment zaczął padać najprawdziwszy śnieg, a za kolejną szybką chwilkę wyjrzało upalne słońce. Cieszyliśmy się tym gorącem, padaliśmy na piasek i wygrzewaliśmy się upojnie. To była prawdziwa radość czuć te wszystkie zmiany w oka mgnieniu. Jak dzieci bawiliśmy się pod tym magicznym zielonym daszkiem, i tym, co się pod nim zadziewało.

Szósty sen

Jechałam pociągiem, bardzo szybkim pociągiem. W jednej chwili zrozumiałam, że nie jest to zwykły pociąg. Jego prędkość była zawrotna, a ja wiedziałam, że kiedy raz się do niego wsiądzie, to nie ma już odwrotu. Byłam w nim i czułam się bezpiecznie i dobrze, czułam, że coś niesamowitego się właśnie zadziewa, że jakby „wracam do siebie”, do swojego pierwotnego „domu”. Z każdą chwilą czułam coraz większą ekscytację i nieopisaną radość. Pociąg zatrzymywał się na stacjach bardzo krótko. Widziałam swoich znajomych, którzy wahali się i w rezultacie nie wsiadali. Pociąg gnał dalej. Potem zaczął podjeżdżać pod domy moich duchowych przyjaciół i kolejno widziałam, jak wskakiwali, jedni natychmiast i bez chwili zastanowienia, inni na moment zatrzymywali się, ale zaraz wskakiwali i zdążali. Wiedzieli, że zostawiają wszystko za sobą.

Siódmy sen

Śniło mi się, że byłam na dużym zgromadzeniu. Odbywał się tam warsztat rozwoju duchowego. Niesamowita była zwłaszcza medytacja, gdzie na zakończenie mieliśmy znaleźć korytarz, tunel prowadzący nas do wyższych Wymiarów. Wszyscy szukali jak oszalali, ja też.  Był ogólny chaos, tłok i nikt nic nie widział. Odeszłam dość odważnie w zupełnie inną stronę niż wszyscy. Przez chwilę czułam lekki niepokój, ale pamiętałam, że w takich sytuacjach zawsze mam ufać sobie i tylko sobie. Zaczęłam oddychać do serca, łącząc się z boską energią Źródła i chwilę potem  pojawił się ów tunel, korytarz prowadzący w górę prosto do nieba. Był zachwycający! Ukryty w brązowej ścianie z kamieni, niemalże całkiem niewidoczny. Rozpoznałam go po niebieskim, niezwykle jaskrawym świetle. Zaczęłam wołać wszystkich, bo czułam, że on się zaraz zamknie. Ludzie zaczęli biec prawie na wyścigi. Jeden mężczyzna biegł tak szybko, że popychał innych i rozpychał się łokciami. Nie oceniałam go, tylko obserwowałam. Byli też moi przyjaciele, znajomi i tak się cieszyłam, że biegną i czułam, że wszyscy zdążymy. Wskoczył też ów rozpychający się mężczyzna i też  mnie to ucieszyło, że zdążył. Nasza „winda” ruszyła i byliśmy w komplecie. Im wyżej podnosiliśmy się,  tym światło było jaskrawsze. Cieszyliśmy się jak dzieci. Nasz korytarz w pewnych momentach stawał i jakby drgał to w górę, to w dół. Czuliśmy, że jest to nam potrzebne, żeby za szybko się nie przemieścić do tego wyższego Wymiaru. I tak to się podnosiliśmy w cudownym świetle naszego tunelu coraz wyżej i wyżej, z tymi małymi przerwami. Nie pamiętam, jak dotarliśmy, ale sama podróż była tak niezwykła i ekscytująca, z taką ilością niebieskiego i kryształowego światła, że i tak jestem uszczęśliwiona. Dziękuję.

Ósmy sen

Dziś na Dzień Słońca (Światła) z 21/ 22 grudnia przyśniła mi się ponownie moja mama. Byłam u niej jakby w szpitalu, choć wiedziałam we śnie, że nie żyje. Wszystko było jakby w Innym Wymiarze, bardziej świetliste. Zobaczyłam mamę niesamowicie ubawioną, śmiała się jak za dawnych czasów. Podbiegałam do niej, żeby ją przytulić, a ona jak bańka mydlana znikała. Znikała, a za chwilkę znów ją widziałam śmiejącą się. I za każdym razem tak samo, kiedy tylko chciałam ją przytulić, znikała śmiejąc się, wyraźnie tym ubawiona. Z siostrą poszłyśmy do pielęgniarki, żeby coś więcej się o mamie dowiedzieć. I świetlista pielęgniarka powiedziała do nas: „Tak radosnej pacjentki to jeszcze tu nie mieliśmy.” Ha, ha! A więc już wiem, że mamie jest naprawdę dobrze. Dała mi kolejny znak i to w takim dniu. W dniu, gdzie wstałam o świcie powitać rodzące się nowe Słońce!
Dziękuję Mamo!

Dziewiąty sen

Byłam w szkole czy w instytucie, który uczył Miłości Bezwarunkowej. Studiowaliśmy tą wiedzę i w nocy i w dzień. Mieliśmy mnóstwo różnych zadań do wykonania, także podczas snu. Wiele z tych zadań było niełatwych, części nie wykonałam i wiele już nie pamiętam, ale pamiętam, że miałam odwiedzić podobną szkołę, która również uczyła miłości i z której wcześniej mnie wykluczono. Pamiętałam o tym w moim śnie i z tym większą radością pobiegłam do niej. Przewodnik tej szkoły poprosił mnie, żebym nadstawiła swoje plecy i pomogła jednej z uczestniczek. Stwierdził, że jestem gotowa, a ja z lekkością przyjęłam to zadanie. Dziewczyna przerobiła na moich plecach chyba wszystko, co miała na tą chwilę do przerobienia, wyżyła się opukując dzielnie moje ramiona i plecy, a ja w ogóle nie czułam bólu ani lęku, że „coś” mi tam przecież może zostawić. Myślałam tylko, że jej pomagam i czułam ciepło miłości w sobie. Po zakończonym procesie przewodnik – nauczyciel oczyścił mi moje plecy, a ja wróciłam do swojego instytutu, gdzie wymieniłam energię za tak cudowny dla mnie dzień (w mojej szkole – instytucie zostawiało się zawsze dowolny datek za każdy dzień pobytu). I jakież było moje zdziwienie, kiedy dosłownie po chwili spostrzegłam, że moja darowizna w postaci banknotu rozdwoiła się!

Czuję, że to dla mnie dobry znak. I dziękuję z serca!